sobota, 13 sierpnia 2016

Prezet od dzieci dla wychowawczyni


Mieszkam w Krakowie już 16 lat.
Powoli i niezauważalnie zamieniam się w 'krakuskę'
(chociaż wiadomo, że to takie dążenie do nieskończoności :P).
Wiele typowych 'krakoskich' ;) powiedzonek weszło mi w krew.
Wciąż jednak nie wychodzę na pole :P
(i już chyba nigdy nie wyjdę, choć moje dzieci - o zgrozo! ;P - wychodzą)
i wciąż uważam za bardzo nieeleganckie obdarowywanie
nauczycieli biżuterią, bonami na ubrania, telefonami...



 Co innego taki oto prezent.
Dzieci jednej z krakowskich szkół podstawowych 
napisały dla swojej Pani opowiadania, wiersze, życzenia, podziękowania
i wykonały do nich rysunki.

Mi pozostało już tylko zrobić z tego książkę.










Na okładce pojawił się wydrukowany na tkaninie
i zawerniksowany jeden z dziecięcych obrazków,
przedstawiający Wychowawczynię i jej kochanego psiaka:) 







Wszystkie rysunki zostały zeskanowane przez profesjonalną firmę
(mój skaner, niestety, okazał się zbyt kiepskiej jakości)
i wydrukowane wraz z tekstami dzieci
na kredowym papierze o większej, niż zwykły gramaturze.
Dzięki temu książka wyglądała o wiele bardziej profesjonalnie.








Jako że ksiązkę napisały i zilustrowały drugoklasiści
wklejki na początku i końcu książki 
nie musiały być...bardzo poważne :)













Zakładka zakończona metalowym serduszkiem
z napisem "made with love".
























Żeby już było całkiem słodko :)
tylna okładka wyglądała tak:













A tak oto prezentował się sam środek:






































































A na pierwszej stronie książki
wydrukowałam nazwiska i imiona wszystkich dzieci w porządku alfabetycznym -
dokładnie było to zdjęcie listy obecności z dziennika :)





Acha, zapomniałam napisać, że Pani popłakała się ze wzruszenia :)




.




piątek, 4 marca 2016

2 x album fotograficzny - z sową i ze znaczkiem fleur del ris



Tym razem będzie mała retrospekcja,
ponieważ poniższe albumy robiłam jeszcze w styczniu :)

Miały to być dwa 30-stronicowe albumy na zdjęcia
obite szarym lnem
(tu od razu muszę zaznaczyć, że nie posiadam już więcej
tej przepięknej tkaniny, a Ikea, która jakiś czas temu ją wyprodukowała,
już jej nie posiada w swojej ofercie).







Pierwszy z szarą błyszczącą tasiemką i srebrną sową na okładce...
















....z białymi kartkami...










... i wklejkami w stylu...vintage :)




















Drugi miał mieć na okładce tylko i wyłącznie znaczek fleur del ris
(dzięki temu dowiedziałam się, jak ten popularny symbol się  nazywa :).










Na wklejki zostały wybrane błękitne chmurki na ...szaro-buro-kartonowym :) tle.
Niestety, na zdjęciach nie udało mi się uchwycić rzeczywistego koloru i uroku tych wklejek.
 
























W obu albumach część stron została poprzedzielana na pół paseczkami
z tego samego papieru, co wklejki.
Prawda, że kiedy po praz pierwszy cięłam i wklejałam 
paseczki rozdzielające strony
(okropnie pracochłonne i niewdzięczne zajęcie)
tym ślubnym albumie,
obiecałam sobie, że będzie to również raz ostatni :)
No, cóż...są jednak Osoby, którym nie można, no po prostu nie można ;) odmówić.
Kiedy więc usłyszałam prośbę o paseczki - 
nawet się nie zająknęłam (całe szczęście, że przez telefon nie widać twarzy :P)
i przez dwa i pół dnia cięłam i przyklejałam 
te cieniutkie, marszczące, zwijające, wyginające, wyślizgujące się...
i co tam jeszcze potrafiące :) paseczki. 













I jeśli znów w myślach (bo dzieci w pobliżu :P)
pomstowałam i obiecywałam sobie, że nigdy więcej...
to znając mnie pewnie będzie to prawdą tylko do czasu,
aż pojawi się kolejna Osoba, której nie potrafię odmówić :)












Ale żeby nie było! Absolutnie nie narzekam! ;)
Teraz, po 3-tygodniowym wypoczynku nam morzem,
już tęsknię, żeby sobie wieczorami, rozmawiając z pracujacym obok mężem,
coś pokleić :)





.

sobota, 16 stycznia 2016

Anioł vintage i romantyczny fiolet






 Depesza ;) była taka:
Pamiętnik Stop Fiolet Stop Anioł Stop Retro Stop
Dla bliskiej osoby, która tak emanuje ciepłem i dobrą energią,
że przy niej wypoczywam Stop

:)



 Szukając w sklepach fioletowej tkaniny
i odpowiedniej zawieszki na zakładkę,
przeczesując internet pod kątem starych zdjęć,
a następnie klejąc, szyjąc, docinając kartki...
ciągle myślałam o moich znajomych -
którzy z nich mają w sobie taką spokojną, dobrą energię,
że po spotkaniu z nimi czuję się rozluźniona i zrelaksowana?...

Te rozmyślania z kolei doprowadziły mnie do pytania,
w jaki sposób wybieram przyjaciół, 
co jest dla mnie ważne w relacjach z drugim człowiekiem?
Moi przyjaciele i bliscy znajomi są tacy różni -
poważni intelektualiści, katastrofiści, zwariowani optymiści, 
silne i wyraziste osobowości,
 nieśmiali i cisi wrażliwcy...
Jest jednak jedna cecha, która ich łączy - 
wszyscy oni są uczciwi i mają dobre serca.
Już tak jakoś mam, że choćby nie wiem jak mądra, zdolna, wykształcona,
utytułowana, ciekawa, barwna i dowcipna była to osoba,
ale cechowałaby ją moralność Kalego lub
byłaby z rodzaju kombinatorów, cwaniaczków czy obłudników,
to...uśmiechnę się tylko i pójdę sobie dalej...w innym kierunku :)









 Natomiast rezultat moich sklepowych poszukiwań i
eksperymentów z drukowaniem na tkaninie
poniżej ;)








Fioletowa tkanina jest błyszcząca i w jednolitym kolorze 
(na zdjęciu wyszła jakby była gdzieniegdzie różowawa).










 Dziecko-anioł to zdjęcie wydrukowane na tkaninie
i zawerniksowane, żeby się nie rozmazywało.









 Wklejka to wzór, który już kiedyś użyłam - do notatnika z rowerem


































Trochę problemów miałam ze znalezieniem 
odpowiedniej zawieszki do zakładki, ale w końcu udało mi się znaleźć
całkiem fajnego anioła
(wszystkie inne były zbyt infantylne).



















.

sobota, 9 stycznia 2016

Od ziarenka do kwiatu, czyli pamiętnik rodzica



 Kiedy na świecie pojawia się pierwsze dziecko,
my - rodzice zazwyczaj jesteśmy tak podekscytowani 
i tak bardzo na nim skoncentrowani,
że nosimy w sobie absolutnie absolutne ;) przekonanie,
że zawsze będziemy wszystko pamiętać.
Tymczasem dzieci rosną - pierwsze obrócenie się na brzuszek, pierwsze samodzielne siedzenie,
pierwszy ząbek, pierwszy krok, pierwszy guz, pierwsze słowo, pierwsze zdanie, 
pierwsze śmieszne zdanie...drugie śmieszne zdanie, trzecie...
i szóste...które wypiera z pamięci pierwsze...
I po kilku latach okazuje się, że nasza pamięć jak durszlak...
Coś tam zostało, ale niewiele, do tego zdekompletowane i przemieszane.
A jeśli jeszcze pojawi się później drugie dziecko...
Ile to razy w rozmowach z rodzicami trochę starszych dzieci padało pytanie,
które to z ich pociech zrobiło/powiedziało to, czy tamto...
Ba, moja własna mama nierzadko również się zastanawiała,
czy to ja, czy mój brat...a jeśli brat, to który...
Wtedy nie mogłam zrozumieć, jak można nie pamiętać 
takich ważnych rzeczy???
 Dziś, jako matka już rozumiem...niestety...:)


I właśnie jako lekarstwo na niedoskonałą pamięć
powstał "pamiętnik rodzica" :)
Miał być (i z tego co wiem był ;) 
prezentem choinkowym dla mamy pewnego Miłosza
od jej szwagierki.
Oprócz zapisków dotyczącym najważniejszych, najciekawszych czy najśmieszniejszych
wydarzeń z życia pana Miłosza :)
być może będzie musiał pomieścić jego zdjęcia, 
albo ślad odbitej lub odrysowanej rączki,
a może nawet rysunki jego autorstwa...




Wytyczną właściwie miałam tylko jedną -
żeby pojawiło się gdzieś imię dziecka.
Z rozmowy telefonicznej uzyskałam też informację,
że mama Miłosza lubi kwiaty.

Z kilku propozycji jakie wysłałam 
od razu i bez wahania został wskazany haft
przedstawiający poszczególne etapy rozwoju...jakiegoś kwiatka ;)
Zrobiłam go już jakiś czas temu -
jako metafora dorastania miał ozdobić okładkę kopertownika
(pokazywałam go tutaj).
Ponieważ jednak, jako zbyt surowy w swojej estetyce,
nie wygrał wówczas przetargu :) 
leżał sobie spokojnie w szufladzie, czekając na swój czas.
I oto on nastąpił :)

Niestety, ponieważ haft był przygotowywany na mniejszy wymiar okładki
nie dało się nim obić w całości pamiętnika w rozmiarze zeszytowym.
Trzeba było kombinować.
I tak, nad rosnącym kwiatem pojawiły się błękitne chmury,
a nad nimi ciemnoniebieskie niebo.
Ponieważ jednak pustka nieba wydawała mi się tu zbyt przygnębiająca
zaświeciło na nim...słońce van Gogha :)
 






















Po krótkim namyśle imię zostało umieszczone na grzbiecie -
przynajmniej, stojąc kiedys na półce, nikomu nie pomyli się
z zeszytem do fizyki, czy języka rosyjskiego :)









A jako równowaga dla słońca - księżyc.
A na nim Dzwoneczek z Piotrusia Pana ;)








...(czyli znów zakładka odwrotnie, niż zazwyczaj - 
a więc z dołu do góry:)











Wklejki, oczywiście kwiatowe:)


 























Mam nadzieję, że pamiętnik zapełni się do ostatniej strony
samymi sympatycznymi wpisami
i że kiedyś Pan Miłosz :)
doceni pomysł i zaangażowanie swojej cioci i pracę mamy,
dzięki którym będzie się mógł o sobie wiele dowiedzieć,
a przy tym powzruszać się i pośmiać.








.