wtorek, 1 września 2015

"O Koniku co robił fiku-miku", czyli dzieło mojego życia :P


25 sierpnia mój mąż skończył czterdzieści lat.
Nie wiem jak jemu, ale mnie jakoś trudno się z tym pogodzić - 
panem przed czterdziestką w mojej świadomości 
był przecież zawsze mój tato, a nie mąż!!! :P

Kiedy napisałam bajkę o Wojtku, który nie został strażakiem
wiedziałam już, że nie mam wyjścia i będzie musiała powstać również bajka o Koniku :)
 Dzięki temu czasu na pisanie miałam sporo - ponad miesiąc.
I tak po kawałeczku (w łóżku przed snem, w wannie, usypiając syna,
w samochodzie jadąc na wakacje...)
powstało dzieło mojego życia :P
( i w najbliższym czasie na pewno nie będę próbowała tego zmienić :P
Na razie robię przerwę w rymowaniu -
następni w kolejce do 40. postoją w niej jeszcze 3 lata :) 

 Tym razem anegdot miałam w pamięci aż nadto
(cóż, mój mąż miał bardzo ciekawe życie :)
i musiałam wybrać tylko te...które lubię najbardziej :P
Pisząc bajkę o Koniku byłam pewna, że fikcją literacką jest tu
tylko jeden jedyny wers - o tym jak to Tomek napluł sobie sam do kaszy
( jakoś tak nic innego nie mogło mi się tu wymyślić... :P,
a uznałam, że jest to bardzo prawdopodobne :).
Jednak po fakcie okazuje się, że jakoś źle zapamiętałam historię
jak to mój mąż wyjeżdżając w liceum na narty 
zostawił w autokarze (a autokar po zawiezieniu grupy wrócił do Polski)
kurtkę (a wraz z nią wszystkie pieniądze)
i jak całe ferie zimowe przetrwał żyjąc z wygranych w karty :P
Bo otóż - sprostował mój mąż po lekturze -
 nowi koledzy, z którymi grywał w pokera do końca się nie zorientowali,
że zostali zrobieni na szaro :)





Wydrukowany tekst został oprawiony w okładkę z - a jakże! - 
konikiem, którego wyszyłam krzyżykami.



















Wklejki i nici - w ulubionym mężowym kolorze - zielonym.










 Tekst w dwóch kolorach na przemian - czerwonym i niebieskim.










 Ilustracje do tekstu zrobiła moja córka.
Muszę przyznać, że naprawdę się postarała, skupiła 
(co wcale jej nie przychodzi łatwo :)
i porządnie napracowała, bo jest ich całkiem sporo
(tu wrzuciłam tylko kilka).







 Kiedy już całość była wydrukowana, pozszywana i posklejana 
(czyli jakiś tydzień przed urodzinami)
moja córka kilka razy dziennie przychodziła i prosiła mnie
o pokazanie jej ("jeszcze tylko raz...") strony tytułowej,
gdzie widniało jej imię i nazwisko jako autorki ilustracji.
I za każdym razem powtarzała z uśmiechem i błyskiem w oku:
"Nie mogę w to uwierzyć - to ja!" :)






































A teraz już zapraszam wszystkich cierpliwych ;)
do lektury.






O Koniku
co robił fiku-miku






Na Krowodrzy w mieście Kraka
raz wybuchła wielka draka.
Pani Ala bardzo miła,
co ostatnio ciut przytyła,
w swoje własne urodziny
po wymyciu wykładziny
Taki prezent wymyśliła,
że... se syna urodziła.

Tomasz mu na imię dano
a urodził się gdy siano
na wsi w kopach się suszyło,
bo to przecież w sierpniu było.
Zwano również go Darciuchem,
bo choć drobnym był maluchem
to donośny głosik miał
i się światu poznać dał.

Odtąd Tomuś - chociaż mały,
że się ciotki zamartwiały,
dawał wszystkim równo w kość
(dla zabawy, nie na złość).
Ot, na przykład przestał jadać,
aż go lekarz musiał badać.
Ojciec aż na głowie stawał,
rarytaski same dawał
każdy obiad pięknie zdobił,
na talerzu rzeźby robił-
z marchwi rzeczki mu budował,
pod rzeczkami groszek chował,
również rybę mu przemycał
(sam się dziełem swym zachwycał!).
Ale Tomasz wciąż grymasił,
Nie chciał grochu, nie chciał kaszy,
Jajek także on nie jadał
(do kieszonki jajka wkładał
I z jadalni je wynosił,
Albo koleżankę prosił,
Co do stóp z miłości padła,
by za niego jajko zjadła).





               ***


Siedzi Tomuś przy śniadaniu
Myśli jeszcze wciąż o spaniu,
bełta łyżką w mlecznej zupie,
aż po stole zupa chlupie.

Siedzi Tomuś przy obiedzie –
przed nim barszcz i w occie śledzie –
i widelcem dłubie, wierci... 
będzie wiercił tak do śmierci!

Siedzi Tomuś przy kolacji:
- Byle dotrwać do wakacji!
Oczywiście bez jedzenia.
Chcę się pozbyć swego cienia!


               ***



Taki z niego był niejadek -
po kim ten niechlubny spadek?!
Nikt z nas tego nadal nie wie,
bo wśród przodków gęstym drzewie
wegetarian nie bywało
(dziadki jadły całkiem śmiało).
Przez to chudy, mały był –
cud że jeszcze jakoś żył!
Mało tego – jeszcze psocił,
psuł, rozrabiał, biegał, knocił!
Po kanapach non stop skakał,
to jak wrona gdzieś zakrakał,
to jak kura głośno gdakał,
to z mrożącym krew okrzykiem
był indiańskim wojownikiem,
z koltów strzelał – był kowbojem
(hałasował w tym za troje),
burczał, fuczał – psa udawał,
i na głowie nawet stawał!
Ciągle myślał co wymodzić...
Do przedszkola nie chcąc chodzić
cichuteńko padł na ziemię –
jak indiańskie dzikie plemię
się  wyczołgał, niczym Apacz
(by się paniom nie dać złapać).
I do domu pędem nawiał,
długie kroki szybko stawiał!

Raz pojechał sam do dziadka,
aż pobladła z nerwów matka.
Cóż, wycieczki bardzo lubił...
Innym razem znów się zgubił –
windą sobie gdzieś pojechał
(cóż to była za uciecha!).
Mama z tatą wciąż biegali
i na piętrach go szukali.
On tymczasem w obcym domu
(nie powiedział nic nikomu)
do mieszkania komuś zalazł.
-„ No nareszcie żeś się znalazł!” –
tacie swemu tak powiedział
(choć poza tym cicho siedział)
gdy ten syna wnet odszukał
(już do wszystkich drzwi zapukał!).

Lub namówił młodszą siostrę,
by nożyczki wzięła ostre
i swej ulubionej lali,
co się wszyscy zachwycali,
długie włosy obciachała
(żal do brata długo miała).

Nadto siostrą Buką straszył,
napluł sobie sam do kaszy,
przemądrzałe rzeczy gadał,
igły mamie swej podkradał
(jedną klepkę obluzował –
pod podłogę cichcem chował).
Innym razem, zimą mroźną
to pułapkę zrobił groźną
na Świętego Mikołaja.
Niczym słynna pszczółka Maja
w pocie czoła dzień pracował,
swą pułapkę konstruował.
Cienkie linki w drzwiach sznurował
 i do puszek je mocował.
Lecz Mikołaj się nie złapał.
Tomuś całą noc przechrapał
a nad ranem w swoich drzwiach
zastał jeden wielki krach –
linki w strzępach tu zwisały,
wszędzie puszki się walały,
a prezenty...w rządku stały!
Tomek zamęt miał więc w głowie –
myślał, że się czegoś dowie,
a tymczasem wciąż nie wiedział,
kto w kominie nocą siedział.
Wśród rodziny chodzą słuchy,
że straszyły tylko duchy.
Prawda jednak była prosta,
gdyż ofiarą Tomka został
tata co niewinnie kroczył
ciut zaspany w środku nocy.









               ***

Siedzi Tomuś na nocniku,
robi bardzo dużo krzyku.
- „Brzydki tata” – woła tak
innym dzieciom dając znak
żeby razem z nim krzyczały,
wszystkie na raz – jak siedziały!

Siedzi Tomek na kamieniu
błyska w dziadka przy goleniu
(lusterkami – z kuzynami).
Krzyknął dziadek, coś brzdęknęło,
szpetne słowo popłynęło.
Tomek tylko się uśmiecha –
dobrze, że mnie kryje strzecha!

Siedzi Tomek na chodniku
na gitarze słucha chwytów,
przyjechała miejska straż –
co ty tu młodzieńcze grasz?
- O wypraszam ja to sobie,
ja tu złego nic nie robię.
A gitarę tylko noszę,
ptaków przecież nią nie płoszę.


               ***


Choć rozrabiał gdzie się dało
i wciąż mu nie było mało,
to w swym sercu pasję chował,
z której nigdy nie żartował.
Żadne auta, mecze, młotki!
Go nęciły...kołowrotki,
żyłki, haki oraz wędki –
o, do tego to był prędki!
Lecz nie łowił co popadnie –
pstrąga wielbił – aż przesadnie.
Żadne karpie, liny, płotki,
ni karasie, brzany, trotki,
głowacice, czy lipienie,
ni szczupaki, ni bolenie!
Tomasz wcale ich nie cenił
(do dziś zdania tu nie zmienił).
Pstrąg źródłowy lub tęczowy
tylko wiodły go na łowy.

Kiedy Tomek trochę urósł
od pysznego taty żuru,
kiedy już do „piątki” chodził
figle swoje ciut złagodził
(całkiem żartów nie zaniechał –
wielka była zbyt uciecha).
Teraz jednak był złagodniał
i nie dawał w kość już co dnia.
Zrobił się przebiegły, cwany,
długie włosy miał i glany,
na gitarze sporo grywał
i w pokera oszukiwał,
w kosza grywał, dużo pływał
i w Bieszczadach często bywał –
z plecakami, z Pitersami
włóczył się połoninami.


Co do pasji ryb łowienia –
tu się ciągle nic nie zmienia.
Lecz rozkwitła wtedy także
nowa pasja, co – a jakże! –
po tatusiu przyszła w spadku
(bo tym razem nie po dziadku).
Tomasz został więc chemikiem
z absolutnym pasjo-bzikiem.
W swym pokoju na Prądniku
już nie robił tyle krzyku,
tylko cicho sobie siedział –
co tam robił nikt nie wiedział.
Tylko tato doświadczony,
sam na sobie nauczony,
świetnie sobie zdawał sprawę,
że gdy on tu pije kawę
syn w pokoju swym za drzwiami
z chemicznymi substancjami
oraz jasnym błyskiem w oku
chce dotrzymać tacie kroku –
coś wystrzelić, coś wybuchnąć,
iskierkami w niebo gruchnąć.
Do dziś nikt z mieszkańców bloku
(a mieszkali w niezłym tłoku)
nie ma żadnej świadomości
kogo w swoich progach gościł),
że ich życie zależało
czy to dużo czy to mało
do próbówki się wsypało
Tomeczkowi z trzeciej klatki,
co ma czarne spodnie w łatki.



               ***


Siedzi Tomek po pas w wodzie,
w deszczu, zimnie i o głodzie.
Przychodzi pstrąg,
zatacza krąg,
pięknego woblera
ze smakiem zżera,
żyłkę urywa...
i pod wodę się zmywa.
Siedzi Tomek po pas w wodzie,
myśli: „Taki z ciebie złodziej?!”,
ale w duszy się raduje,
swego haka nie żałuje.
- Przecież zjadać i tak wolę
marchewki soczyste w rosole.
A spożywać ryb nie lubię –
tylko się z nimi czubię.

Siedzi Tomek przy pokerze.
Oszukuje? Ja nie wierzę!
Ale czasem tak już bywa,
że nie zawsze gra uczciwa,
a tym bardziej na pieniądze –
wzbudza to niezdrowe żądze.
Siedzi Tomek przy pokerze –
silne nerwy ma to zwierzę.
Inni gracze oszukują,
coś tam znaczą, coś nakłują,
całą swą podstępną zgrają
na jednego się zmawiają!
A Tomeczek cicho siedzi,
coś tam gada, nawet bredzi,
jak coś powie, albo chuchnie
na trzy metry wódką cuchnie,
na głos coś bez sensu krzyczy,
ale w duchu karty liczy,
przeciwników obserwuje,
oszukuje gdy tasuje...
Aż tu nagle ktoś kapuje:
- Pijanego on udaje
i oszukał naszą zgraję!
- On jest trzeźwy – ktoś zakrzyka
lecz za późno – Tomasz...znika.
Gdy z wygraną do dom wraca
myśli: „Poker – to mi się opłaca!”

Siedzi Tomek w swym fartuchu
doprowadza do wybuchu,
coś próbuje, kombinuje
i magnezu nie żałuje!
Aż tu nagle tato wpada
nic nie krzyczy, nic nie gada
tylko proszki kontroluje –
zakazanych nie znajduje,
więc wychodzi dopić kawę
nieświadomy, że zabawę
ma syn, który
nielegalne swe mikstury
trzyma jawnie, na widoku –
a umknęły ojca oku!
Tomasz śmieje się szyderczo,
aż mu włosy dęba sterczą:
- Ech, tatusiu, gdybyś wiedział
to spokojnie byś nie siedział.
Taki bardzo sprytny byłem –
etykiety podmieniłem.



               ***



Gdy liceum się skończyło
czas studentem zostać było.
Biały fartuch już się zużył,
a poza tym trchę nużył
świat chemiczny
(a szczególnie organiczny)
co go w małym palcu miał –
co innego poznać chciał.
Architektem pragnął zostać
i jak jakaś sławna postać - 
Van der Rohe, Wright czy Gehry - 
wobec siebie zawsze szczery,
wierny racjom swym I gustom
dla Arabów z forsą tłustą,
gdzieś w Libanie czy Dubaju,
albo w innym pięknym kraju –
Ukrainie – w Bukowelu
(tam też jest bogatych wielu)
projektował będzie cuda!
To nie mrzonki są nie złuda,
ale plan realny tak,
aż mu punktów słabych brak. :)
Drogą tą wytrwale kroczył,
ani razu z niej nie zboczył –
pilnie uczył się , rysował,
pisał, czytał i studiował.
Kiedy projekt dyplomowy
ostatecznie był gotowy
zaraz został doceniony,
do konkursu też zgłoszony.
Konkurs wygrał a nagrodę
dał prezydent co miał brodę.
Potem wywiad w TV Kraków...
To był szereg dobrych znaków.
Później przyszła proza życia –
dużo pracy, trochę picia,
na dziewczyny czasu mało,
choć na randkę by się chciało...
sami nudni inwestorzy
do płacenia też nieskorzy,
szef co grosza wciąż żałuje –
złote góry obiecuje.
A urzędy – to już kpina,
te przepisy – istna drwina!
(Wright by się tu nie uchował,
Gaudi chyba by zwariował).








               ***

Siedzi Tomek przed rysunkiem
raczy się więc dobrym trunkiem,
a do trunku trochę kawy,
by nie było znów obawy,
że go sen znienacka złapie –
na projekcie swym zachrapie.
Aż tu nagle kawa tłusta
na rysunek mu wychlusta!
- Co mnie znowu podkusiło,
po co żłopać kawę było?!
Przecież prawie to skończyłem,
o wakacjach już marzyłem,
a tu przyjdzie jeszcze raz
w profesora spojrzeć twarz,
przyznać się, że nie zrobiłem...
bo za dużo wczoraj piłem...

               ***



Młode lata tak mijały
i się ciotki zmartwiały,
że ten Tomek się zmarnuje,
nic go już nie uratuje!
A tymczasem wszyscy w szoku,
bo w trzydziestym życia roku
Tomek nagle się ogarnął –
rzucił swą posadę marną
i założył firmę własną
by mieć sytuację jasną.
Nadto poznał przyszłą żonę –
obijanie się skończone! :)
szybko do niej się wprowadził,
po dwóch latach sekret zdradził:
- A niech stracę! Wyznam szczerze,
wspólna przyszłość – ja w to wierzę!






               ***

Siedzi Tomek sam przed Żaczkiem
sms tam pisze maczkiem:
„Hej Magietko, czy już śpisz?
Jeśli tak, to o czym śnisz?
Jeśli nie, to wyjdź przed próg
bym zobaczyć Cię dziś mógł”.

Siedzi Tomek koło Błoń
i zmęczoną gładzi skroń:
- Mc’dallenko wybacz mi,
że tak czas zajmuję Ci
ale właśnie przejeżdżałem
i o tobie pomyślałem.
Wyjdź na nocny spacer znów,
to Ci szepnę kilka słów.

Siedzi Tomek na Rejmonta,
zagnał Magdę gdzieś do kąta
i w Trellkovskim przy stoliku
robi różne fiku-miku:
to z ulotek coś tam składa
i konstrukcję swoją bada
na parawan czy się nada
(bo się świeca tak z nim droczy,
że w zielone razi oczy),
to zagadki jej zadaje
(może jemu się wydaje,
że odkryje w niej geniusza
więc ją do wysiłku zmusza?)
no a ona godnie staje
na zadania wysokości –
czasem tylko się pozłości,
że ją miły oszukuje –
podpowiadać coś próbuje!

Siedzi Tomek po pas w Skawie
a Magietka gdzieś na trawie.
- Choć Maleńka, tu popływaj!
Trochę życia poużywaj!
No a ona się zgodziła,
bo naiwna bardzo była. :)

               ***



Ona z Żar, a on z Krakowa –
chociaż ich dzieliła mowa
(on wciąż „pole”, ona „dwór”)
nie popadli w zbędny spór,
bo lubili się – po prostu,
mimo ich różnicy wzrostu
(ona – niczym ta topola,
on...przy ziemi zostać wolał).

Wkrótce w małym mieście Kraka
wieść gruchnęła piękna taka:
oto córka Konikowa
jest na świecie! Już gotowa
by rozrabiać i wariować,
biegać, tupać, w szafie chować –
radość wszystkim podarować!

Mila rosła, jadła, tyła
i gdy dobrze już mówiła
to...się mamie oświadczyła
(zamiast taty, co chyba się bał,
bo za córką z kwiatami stał).

Potem ślub był i wesele,
gości było mało-wiele,
w Przegorzałach tańcowano
(a zaczęto całkiem rano)
i do nocy się bawiono –
cudnych ludzi zacne grono.

Potem lat minęło kilka –
choć wydaje się, że chwilka –
Tomasz został ojcem syna...
i Milence zrzedła mina
(bo to małe całkiem było,
nie mówiło, nie chodziło,
bawić się nie potrafiło).

To był czas rodzinny bardzo,
inni takim życiem gardzą,
ale Tomek lubi bliskich –
Milę, Jurka, żonę – wszystkich!
Jednak czas ma to do siebie –
czy na ziemi czy na niebie –
że dla wszystkich równo leci,
(dla rodziców, i dla dzieci) –
cicho i niepostrzeżenie
i zagarnia cudze mienie:
gładką cerę, kolor włosów
(nie oszczędza nawet bossów).
Nim się człowiek opamięta
już het za nim droga kręta,
już się zbliża do połowy,
choć usilnie do swej głowy
takiej myśli nie dopuszcza
i fantazji wodze puszcza:
mam lat ze dwadzieścia parę,
bujne włosy i gitarę!

Tak też właśnie z Tomkiem było –
bardzo go to zaskoczyło,
że w czterdziesty rok już wkracza...
nie, nie on! To COŚ go wtłacza!...

Nie wiem jakie są przyczyny,
że w te pełne urodziny,
 Tomek zmienia życia wizje
podejmując tak decyzje,
by się wszystko pozmieniało –
co leżało, by powstało,
co zaś stało...by latało.

I tak, w swym czterdziestym roku
Tomek mocno zwolnił kroku –
firmę zamknął, ściągnął długi
za świadczone swe usługi,
ze wspólnikiem się pożegnał ...–
stresy wszelkie w mig odegnał.


               ***


Siedzi Tomek z dzieciakami
i zajada się chrupkami.
Ze stoickim wręcz spokojem
znosi małych dzieci dwoje,
co to zawsze rozrabiają –
innych zajęć nie uznają.
Jurek dorwał się do much
i obraca muchy w puch,
Mila zaś do szafy wlazła
różne noże tam znalazła,
teraz z nimi biega, skacze –
bawi się, że jest Apaczem:
pohukuje, głośno krzyczy,
ciągnie Jurka na psiej smyczy...
Wbrew wrodzonej swej radości
Tomek już się nieco złości:
- Wypłoszycie wszystkich gości
u sąsiadów piętro niżej!
Chodźcie no tu trochę bliżej –
coś wam powiem, małe gady,
już wytrzymać nie dam rady.
Do przesady rozrabiacie
i umiaru nic nie znacie!
Jak nie będzie tu spokoju
wkroczę wtedy ja do boju!
Jak dołączę do zabawy
to rozbolą was aż stawy
tak będziecie mknąć w popłochu!
Jeszcze wam rozrzucę grochu
by się trudniej uciekało...
jak zabawy macie mało!

Siedzi Tomek w Auto-cadzie,
już poinformował Madzię,
że do domu późno wróci
(niech się Madzia tak nie smuci),
bo inwestor chce mieć „JUŻ!”
a bez tego ani rusz –
nie zapłaci, koniec, basta!
(będzie klops więc zamiast ciasta).
Siedzi więc i projektuje,
że się zgodził już żałuje,
bo inwestor kombinuje –
...tu wieżyczkę, tam kolumnę
(wnuki będą ze mnie dumne!),
coś przesunąć, dobudować,
tamto zaś przeprojektować,
tutaj jeszcze coś pomierzyć,
tu podwyższyć, tam poszerzyć;
- O garażu też myślałem...
tylko wcześniej zapomniałem...
Ale co tam taki garaż –
jeśli tylko się postarasz
pan go zmieścisz pod, lub nad
(żeby uratować sad).
Oprócz tego słupków kilka –
przecież to dla pana chwilka,
rach-ciach pan to narysujesz,
u branżystów obstalujesz,
jeszcze dodasz drugą bramę...
za pieniądze takie same.
Więcej panu nie zapłacę,
bo inaczej na tym stracę
i się przez to nie wzbogacę!
A w ogóle to nic nie mam
(żem bogaty – wielka ściema,
zwykłe ludzkie, podłe plotki
rozsiewane przez me ciotki).
Jestem biedny niczym mysz –
jadam tylko z wodą ryż.

Siedzi Tomek z inwestorem
myśli: „Przecież to jest chore –
czy to rano, czy wieczorem
tylko praca, praca, praca!
Często gdy do domu wracam
dzieci w łóżkach już, pomyte –
ich zabawy wyśmienite
przeszły gdzieś tam poza mną,
no a teraz smacznie śpią.
Ja w nerwicę chyba wpadnę –
schudnę, zwiędnę i pobladnę!
Żyję samą tylko pracą...
fakt, że całkiem nieźle płacą
(bo nie wszyscy inwestorzy
cwani to kombinatorzy),
ale jednak chciałbym pożyć
jakoś bardziej tak realnie,
a nie tylko wirtualnie –
w telefonie mojej żony,
nieobecny, wciąż zmęczony..
Muszę zmienić życia tryb –
ciut mniej pracy, więcej ryb!
I dla dzieci czas mieć muszę
(bo inaczej się uduszę),
trochę książek naukowych,
trochę sportów bardzo zdrowych:
basen, rower i spacery...
Trzeba mocno chwycić stery –
w inną stronę pożeglować,
żeby później nie żałować
braku wspomnień i chwil pustych,
żeby swych pieniędzy tłustych
nie przeliczać w samotności –
bez przyjaciół, bez miłości,
bez dzieciaków mych kochanych...
stary, gruby, sfrustrowany...

Siedzi Tomek w urodziny
minę ma jak pół cytryny
by posolił oraz zjadł,
w czarną rozpacz jakby wpadł.
I w kalendarz się wpatruje,
„Stu lat!” życzeń wysłuchuje...
 i się czuje...jeszcze gorzej,
bo uwierzyć w to nie może:
- Teraz mam już lat czterdzieści –
w głowie mi się to nie mieści!
Czuję się tym przerażony...
zrozpaczony...zawiedziony...
że ten czas tak szybko mknie
i unosi z sobą mnie.
Choć  go nie prosiłem wcale
to ten podlec, ten padalec
wciąż ponagla i pogania,
bo nie lubi w miejscu stania.
A ja sam bym tutaj doszedł –
mam wodery i kalosze!
Może bym się tak nie spieszył...
może trochę więcej grzeszył...
na postojach odsapywał....
i wariata czasem zgrywał –
że zgubiłem się i nie wiem...
że nie jestem wcale pewien,
którą drogą do czterdziestki...
i że również do dwudziestki
ja spokojnie sobie mogę
choćby zaraz ruszyć w drogę –
jeśli by się okazało,
że się tam zakorkowało...
No i wreszcie bym doczłapał...
i ozorem bym nie kłapał,
że się dużo nachodziłem
do czterdziestki nim dobiłem.
Cóż mi teraz pozostało?
Cieszyć się, że przecież w końcu
nie tak mało jest przede mną drogi w słońcu!










.












Historia "O Koniku...." jest jednak tylko dodatkiem do tego głównego prezentu...
Mam zamiar spełnić (z przyczyn ode mnie niezależnych nie mogłam tego zrobić wcześniej)
jedno z Jego marzeń...
Jak już to zrobię, to zaktualizuję ten post i dodam zdjęcie :)





.






piątek, 21 sierpnia 2015

Prezent dla chrześnicy


Czy dostaliście kiedykolwiek od razu jeden prezent na
1., 2., 3., 4., 5., 6., 7., 8., 9., 10., 11., 12., 13., 14., 15., 16., 17. i 18. urodziny,
który właściwie nie jest jednym prezentem, bo tak naprawdę 
będzie wieloma (docelowo osiemnastoma) prezentami?
Nie? To przeczytajcie i obejrzyjcie, co poniżej...
i zazdrośćcie Zamawiającym genialnego pomysłu! :)








Tym razem droga od wstępnego pomysłu do konkretów była baaardzo długa.
Wiele godzin przeglądania wzorów tkanin, X wymienionych maili i Y telefonów...
a potem moje kombinowanie, jak to ugryźć, żeby było dobrze.

 Otóż, Zamawiający zostali niedawno prawdziwymi :) Rodzicami Chrzestnymi.
I wymyślili, że chcieliby podarować chrześnicy 
coś w rodzaju książeczki-albumu z...czymś w rodzaju kopert :)
Chcieliby bowiem przez najbliższe 18 lat na każde kolejne urodziny
wkładać tu COŚ (co - niech to pozostanie tajemnicą, na wypadek gdyby za kilka/kilkanaście lat
pewna młoda dama nie trafiła na ten wpis i nie zepsuła sobie niespodzianki:)
a następnie zaklejać/zapieczętowywać :P owo COŚ, 
aby nie kusiło małych rączek :)
 Obdarowana będzie bowiem mogła otworzyć wszystkie "prezenty" dopiero w dniu 18. urodzin.
Oczywiście oprócz wkładanych tu COŚ-ów ;P młoda dama będzie co roku dostawała
również jakiś prezent odpowiedni do wieku.


Ponieważ album będzie w użyciu tak długi czas - 
a więc obejmie zarówno małe dziecko, dziewczynkę, nastolatkę, jak i młodą kobietę,
szukaliśmy takiego motywu na okładkę,
którego nie powstydzi się ani 5-, ani 13-, ani 18-latka.






I tak powstał album z osiemnastoma kopertami w pastelowych kolorach.












 Po raz pierwszy użyłam tu ociepliny na okładkę, żeby była taka bardziej...mięsista :)










Do kopert (zrobionych z grubszego papieru, dzięki czemu są sztywne...
znaczy się trzymają fason :)
dokleiłam wycięte z białego brystolu i wcześniej zszyte grzbieciki.









Koperty mają pasek samoprzylepny,
ale najprawdopodobniej (taki jest wstępny plan Zamawiających) Młoda Dama 
będzie co roku pieczętować każdą kolejną kopertę odbijając przy tym swój paluszek :)









Ponieważ album ma wymiary jakie ma ;)
a papier do scrapbookingu ma wymiary jakie ma :)
nie udało się zrobić wklejki na całość -
musiałam dociąć ją do szerokości grzbiecików
(inaczej wklejka kończyłaby się mniej więcej w połowie szerokości koperty;
oczywiście zrobiłam próbę - wyglądało głupio).




















Mój mąż wpadł jeszcze na taki pomysł, że można by się pokusić, 
kupić większą ilość tkaniny, z której powstała okładka
i co roku wymyślać jakiś prezent z niej zrobiony/uszyty
(np. chusteczka na głowę, mała, ozdobna poduszka, pamiętnik, maskotka, piórnik,
kredkownik, kosmetyczka, etui, worek na strój gimnastyczny itp.).
To byłby już absolutny hit! :)
Tylko trzeba by dobrze się zastanowić jak przechowywać materiał, żeby nie wyblakł
i nie stracił na jakości przez te lata.

Jednak bez względu na to, czy Zamawiający się zdecydują, czy nie
na taki krok to i tak uważam, że jest to najbardziej pomysłowy
i w ogóle najcudowniejszy prezent na chrzest/pierwsze urodziny
o jakim kiedykolwiek słyszałam! :)







.




sobota, 15 sierpnia 2015

Jak Wojtek nie został strażakiem...czyli prezent na 40. urodziny


Każdy zna takie osoby - mają super wyrazistą osobowość, sprecyzowany gust, rozległą wiedzę, 
a przy tym nie lubią zbędnych gadżetów
(a te niezbędne zdaje się, że już wszystkie mają) 
i zadowala ich tylko najlepsza jakość...
Kiedy więc przychodzi podarować takiej osobie prezent urodzinowy...
A jeśli jeszcze są to 40. urodziny...I do tego ten ktoś to przyjaciel...
Myśleliśmy nad tym od tygodni - i nic!
Dosłownie NIC nie przychodziło nam do głowy.
Kiedy do urodzin zostały 3 dni byliśmy już naprawdę spanikowani.
Chociaż jubilat nie wyprawiał z tej okazji żadnej hucznej imprezy
to jednak opcja, że nie będziemy mieć żadnego (!) prezentu nie wchodziła w grę.
I w końcu przyszło mi do głowy,
że napiszę coś o Nim - coś z przymrużeniem oka, coś śmiesznego, coś...rymowanego! :P

Tekst Jak Wojtek nie został strażakiem powstała w 2,5 dnia
(a dokładnie - w trzy noce).
Część faktów (np. o nigdy nie ukończonej powieści, czy o psie Bamboszu)
została mi zdradzona przez bliską osobę jubilata :),
część znałam, a część jest zupełną fikcją literacką :P
(żadne wydarzenie, ani w ogóle nic co jest istotne nie zostało zmyślone - 
'dowymyślałam' tylko takie drobnostki, żeby mi się lepiej rymowało;)






Jak Wojtek nie  został strażakiem
(bo fajnym był bardzo chłopakiem)


Historię wam taką dzisiaj opowiem
o tym co działo się kiedyś w Krakowie.
Owego roku – siedemdziesiątego piątego,
w lipcu – dokładnie to było drugiego,
czyli równiutko czterdzieści lat wstecz
taka się dziwna stała rzecz,
rzekłabym nawet dość niesłychana,
bo oto pani urodziła tu pana...
Wojciecha!
Jedyna w tym taka pociecha,
że choć Wojciechem go zwały
to na początku był przecież mały –
normalny znaczy się chłopiec,
co w trampkach wchodził na Kopiec –
ma się rozumieć Kościuszki,
łapiąc garściami  muszki.

Gdy ledwie miał lat trzy czy cztery
bardzo ciągnęło go już do kamery.
Oglądał, marzył, wymyślał, podziwiał,
w snach reżyserem sławnym już bywał,
w szeleście dolarów pachnących już pływał...
Jednak w tych czasach trudnych Krakusy
takie zbyteczne zachodnie luksusy
za szybą jedynie czasem widziały –
w Pewexach na półkach wszak tylko bywały.

A zatem
ze zwykłym to aparatem
(zaznaczmy: fotograficznym),
rowerem cokolwiek socrealistycznym
zwykł Wojtek, nasz miły chwat
zwiedzać pobliski świat,
a ściślej pomysł miał taki,
że jeździł podglądać ptaki.
W tym czasie Wojtek też miał
psa co Bambosz się zwał
(lecz choć tak dumnie się wabił
to urok miał wcale nie żabi).
Lubili się, nawet bardzo,
choć pańcie psem takim gardzą.

Jednak nie same radości
Wojtek w swym życiu gościł.
Choć było w nim sporo słodyczy
to i pucharek goryczy
wychylić duszkiem mu przyszło
w tym mieście rodzinnym nad Wisłą.
Nie dość, że Bambosz zaginął
(może gdzieś statkiem popłynął),
to jeszcze taka  wstrętna zasadzka,
prawie zupełnie znienacka –
na odludzie przeprowadzka!
Ach, ci okrutni rodzice,
toż gorsze to niż Balice –
podkrakowskie (!) Łagiewniki –
modły same, śpiewy, krzyki.
Jak tu sobie znaleźć żonę
jak tu wszystkie rozmodlone?!
W dodatku stąd wszędzie daleko –
ni to w centrum, ni nad rzeką!
Gorycz się z Wojtka wylewa,
przestał nucić, już nie śpiewa,
złość się w nim tylko gotuje,
krew tak spokojną mu psuje.
Lecz tak się szczęśliwie stało,
że pióro w pobliżu leżało.
I złapał je Wojtek natchniony:
- Może nie znajdę tu żony
ale choć książkę napiszę,
na papier wykrzyczę tę ciszę!
Tak obsmaruję  tę wstrętną dzielnicę,
tyle czarnego PR-u przemycę,
że duszy me wstrętne te Łagiewniki
odwiedzać będą już tylko...koniki!
Żaden turysta tu nie przyjedzie
(trudno, rodzina żyć będzie w biedzie).
„Poślizg łagiewnicki” – to tytuł chwytliwy,
postmodernistyczny i wcale  nie ckliwy,
jak ulał do książki zamysłu pasuje
(choć się dość ciężko z czymkolwiek rymuje J).
W ten sposób bestseller światowy
mam już w zasadzie gotowy.
Ech, gdybym tylko ukończył go szybko
problem sakiewki na zawsze by zniknął...

Później, gdy Wojtek podrósł troszeczkę
to do Myślenic jeździł nad rzeczkę,
całkiem zwyczajnym motorem
z dużym cylindrem i małym zaworem.
Bohater nasz szybko dorastał
i czas samochodu wnet nastał.
Dorobił się Wojtek nasz Skody
i nią się wyprawiał na gody.
Jak widać burzliwe miał lata młodości –
do Niemiec nawet na dłużej zagościł,
miłości tam szukać próbował
a oprócz tego fotografował
te bardzo nieskromne Niemki,
zaś w przerwie  ucinał drzemki
na (jeszcze nie euro-)paletach
i marzył o polskich kotletach.
Nie trwało to jednak wiecznie,
gdyż w Niemczech nie było bajecznie..
Wrócił więc Wojtek do Polski –
chciał zostać jak Jan Jakub Kolski.
Pracował więc bardzo wytrwale
we wciąż młodzieńczym zapale.
Dla Teatru Telewizji
miał głowę pełną wizji,
lecz już dla prezesa ---*
to starał się, to robił zmyłki.
Następnie reklamą się parał –
jak zwykle bardzo się starał.
Raz nawet, rzecz niesłychana,
sam zagrał – z choinką pana.

W tym czasie, a nawet ciut  wcześniej,
zupełnie na jawie, nie we śnie
serce Wojtka wrażliwe
poznało uczucie prawdziwe!
Monika Zosia Pamela
choć nie żądała wesela
to w serce trwale się wbiła
i dzieci nawet powiła.

Rodzinnie  teraz lata mu lecą
i wydoroślał Wojtek już nieco.
Dawno na gody nie jeździ już Skodą,
przy tym ubiera się zgodnie z modą,
butów na skórze ma ze trzydzieści,
apaszek mnóstwo – gdzie to się mieści?
Włosom swym również nierzadko dogadza
i do fryzjera-stylisty chadza.
A jeśli chodzi o włoskie żarcie
Wojtek jest mistrzem – przyznam otwarcie.
Gotuje lepiej od Kurta Schellera,
zawsze najlepsze wino wybiera –
gentelmen przecież nie chodzi na skróty
(zwłaszcza gdy nosi najlepsze buty!).

Dziś Wojtek wkracza w wiek już dojrzały,
myśli co lata przeżyte mu dały:
- Piękne, okrągłe czterdzieści lat
to jednak czasu dość spory szmat,
lecz cóż osiągnąłem
pracując z mozołem?
Nie jest tak źle, drogi Wojciechu,
nie możesz mówić o wielkim pechu.
Choć, prawda, nie zawsze słońce wprost świeci,
to jednak masz piękne i mądre dzieci.
Poza tym wszystko jeszcze przed tobą –
różne się rzeczy wydarzyć mogą.
Fakty są jasne, wyliczyć można,
rzecz to nie trudna, ani też zdrożna –
bestseller Wojtka wciąż może powstać,
sławnym pisarzem może więc zostać,
może być także znanym aktorem,
lub też genialnym operatorem.
Nie zrobił w Hollywood kariery JESZCZE
lecz sławę światową wkrótce mu wieszczę!
Wojtek osiągnął też bardzo wiele,
bo jest najlepszym nam przyjacielem.
I choć prywatnym jet’em nie lata,
to przecież cudowny jest z niego tata!

Morał z tej bajki wynika taki:
nie ważna sława –
ważne dzieciaki!
...a z tej z kolei nauki
jasno wynika, że również wnuki.
A przecież by kiedyś móc zostać dziadkiem
najpierw być trzeba czterdziestolatkiem!



 * cenzura :) jako że pojawia się tu nazwisko

czwartek, 6 sierpnia 2015

Nuty - zawieszka nad łóżeczko




 Odgrzebałam na starym komputerze zdjęcia nut,
które uszyłam ponad rok temu -
zupełnie już o nich zapomniałam :)
Komplet nut, który może być (ale nie musi :P)
zawieszką nad dziecięce łóżeczko* poleciał, z tego co wiem,
za granicę do małej dziewczynki, która miała szczęście
urodzić się w bardzo muzykalnej rodzinie.


 * taką samą zawieszką jak ta z papugami:





Potem, dosłownie "na kolanie", w przeddzień mojego wyjazdu do rodziny
 powstała jeszcze jedna nutka (szkoda, że nie pomyślałam wcześniej - wtedy bym zdążyła więcej...)-
dla małej Tosi, której tato od lat związany jest z muzyką :)














czwartek, 23 lipca 2015

Kici, kici, czyli notatnik dla rasowej kociary :P



To była szybka piłka - motyw od początku był absolutnie oczywisty,
a tkaninę już jakiś czas temu kupiłam dla siebie -
te energetyczne, radosne sierściuchy po prostu skradły moje serce.
 














Na wklejki wybrałam papier do scrapbookingu w kolorze pomarańczowym
(żeby swoją radosną  mocą :) pasował do kotów)
Wzór też odpowiedni dla sierściuchów -
żeby miały po czym drapać pazurami :)

















Z wyborem koloru nici do zszycia stron też nie było wątpliwości -
turkus to ulubiony kolor przyszłej właścicielki notatnika.











Jako zawieszka przy zakładce posłużył kamień szlachetny
- oczywiście turkus :)









I tak oto powstał notatnik dla prawdziwej kociary :),
który był "dodatkiem" do prezentu na 40. urodziny.