sobota, 15 sierpnia 2015

Jak Wojtek nie został strażakiem...czyli prezent na 40. urodziny


Każdy zna takie osoby - mają super wyrazistą osobowość, sprecyzowany gust, rozległą wiedzę, 
a przy tym nie lubią zbędnych gadżetów
(a te niezbędne zdaje się, że już wszystkie mają) 
i zadowala ich tylko najlepsza jakość...
Kiedy więc przychodzi podarować takiej osobie prezent urodzinowy...
A jeśli jeszcze są to 40. urodziny...I do tego ten ktoś to przyjaciel...
Myśleliśmy nad tym od tygodni - i nic!
Dosłownie NIC nie przychodziło nam do głowy.
Kiedy do urodzin zostały 3 dni byliśmy już naprawdę spanikowani.
Chociaż jubilat nie wyprawiał z tej okazji żadnej hucznej imprezy
to jednak opcja, że nie będziemy mieć żadnego (!) prezentu nie wchodziła w grę.
I w końcu przyszło mi do głowy,
że napiszę coś o Nim - coś z przymrużeniem oka, coś śmiesznego, coś...rymowanego! :P

Tekst Jak Wojtek nie został strażakiem powstała w 2,5 dnia
(a dokładnie - w trzy noce).
Część faktów (np. o nigdy nie ukończonej powieści, czy o psie Bamboszu)
została mi zdradzona przez bliską osobę jubilata :),
część znałam, a część jest zupełną fikcją literacką :P
(żadne wydarzenie, ani w ogóle nic co jest istotne nie zostało zmyślone - 
'dowymyślałam' tylko takie drobnostki, żeby mi się lepiej rymowało;)






Jak Wojtek nie  został strażakiem
(bo fajnym był bardzo chłopakiem)


Historię wam taką dzisiaj opowiem
o tym co działo się kiedyś w Krakowie.
Owego roku – siedemdziesiątego piątego,
w lipcu – dokładnie to było drugiego,
czyli równiutko czterdzieści lat wstecz
taka się dziwna stała rzecz,
rzekłabym nawet dość niesłychana,
bo oto pani urodziła tu pana...
Wojciecha!
Jedyna w tym taka pociecha,
że choć Wojciechem go zwały
to na początku był przecież mały –
normalny znaczy się chłopiec,
co w trampkach wchodził na Kopiec –
ma się rozumieć Kościuszki,
łapiąc garściami  muszki.

Gdy ledwie miał lat trzy czy cztery
bardzo ciągnęło go już do kamery.
Oglądał, marzył, wymyślał, podziwiał,
w snach reżyserem sławnym już bywał,
w szeleście dolarów pachnących już pływał...
Jednak w tych czasach trudnych Krakusy
takie zbyteczne zachodnie luksusy
za szybą jedynie czasem widziały –
w Pewexach na półkach wszak tylko bywały.

A zatem
ze zwykłym to aparatem
(zaznaczmy: fotograficznym),
rowerem cokolwiek socrealistycznym
zwykł Wojtek, nasz miły chwat
zwiedzać pobliski świat,
a ściślej pomysł miał taki,
że jeździł podglądać ptaki.
W tym czasie Wojtek też miał
psa co Bambosz się zwał
(lecz choć tak dumnie się wabił
to urok miał wcale nie żabi).
Lubili się, nawet bardzo,
choć pańcie psem takim gardzą.

Jednak nie same radości
Wojtek w swym życiu gościł.
Choć było w nim sporo słodyczy
to i pucharek goryczy
wychylić duszkiem mu przyszło
w tym mieście rodzinnym nad Wisłą.
Nie dość, że Bambosz zaginął
(może gdzieś statkiem popłynął),
to jeszcze taka  wstrętna zasadzka,
prawie zupełnie znienacka –
na odludzie przeprowadzka!
Ach, ci okrutni rodzice,
toż gorsze to niż Balice –
podkrakowskie (!) Łagiewniki –
modły same, śpiewy, krzyki.
Jak tu sobie znaleźć żonę
jak tu wszystkie rozmodlone?!
W dodatku stąd wszędzie daleko –
ni to w centrum, ni nad rzeką!
Gorycz się z Wojtka wylewa,
przestał nucić, już nie śpiewa,
złość się w nim tylko gotuje,
krew tak spokojną mu psuje.
Lecz tak się szczęśliwie stało,
że pióro w pobliżu leżało.
I złapał je Wojtek natchniony:
- Może nie znajdę tu żony
ale choć książkę napiszę,
na papier wykrzyczę tę ciszę!
Tak obsmaruję  tę wstrętną dzielnicę,
tyle czarnego PR-u przemycę,
że duszy me wstrętne te Łagiewniki
odwiedzać będą już tylko...koniki!
Żaden turysta tu nie przyjedzie
(trudno, rodzina żyć będzie w biedzie).
„Poślizg łagiewnicki” – to tytuł chwytliwy,
postmodernistyczny i wcale  nie ckliwy,
jak ulał do książki zamysłu pasuje
(choć się dość ciężko z czymkolwiek rymuje J).
W ten sposób bestseller światowy
mam już w zasadzie gotowy.
Ech, gdybym tylko ukończył go szybko
problem sakiewki na zawsze by zniknął...

Później, gdy Wojtek podrósł troszeczkę
to do Myślenic jeździł nad rzeczkę,
całkiem zwyczajnym motorem
z dużym cylindrem i małym zaworem.
Bohater nasz szybko dorastał
i czas samochodu wnet nastał.
Dorobił się Wojtek nasz Skody
i nią się wyprawiał na gody.
Jak widać burzliwe miał lata młodości –
do Niemiec nawet na dłużej zagościł,
miłości tam szukać próbował
a oprócz tego fotografował
te bardzo nieskromne Niemki,
zaś w przerwie  ucinał drzemki
na (jeszcze nie euro-)paletach
i marzył o polskich kotletach.
Nie trwało to jednak wiecznie,
gdyż w Niemczech nie było bajecznie..
Wrócił więc Wojtek do Polski –
chciał zostać jak Jan Jakub Kolski.
Pracował więc bardzo wytrwale
we wciąż młodzieńczym zapale.
Dla Teatru Telewizji
miał głowę pełną wizji,
lecz już dla prezesa ---*
to starał się, to robił zmyłki.
Następnie reklamą się parał –
jak zwykle bardzo się starał.
Raz nawet, rzecz niesłychana,
sam zagrał – z choinką pana.

W tym czasie, a nawet ciut  wcześniej,
zupełnie na jawie, nie we śnie
serce Wojtka wrażliwe
poznało uczucie prawdziwe!
Monika Zosia Pamela
choć nie żądała wesela
to w serce trwale się wbiła
i dzieci nawet powiła.

Rodzinnie  teraz lata mu lecą
i wydoroślał Wojtek już nieco.
Dawno na gody nie jeździ już Skodą,
przy tym ubiera się zgodnie z modą,
butów na skórze ma ze trzydzieści,
apaszek mnóstwo – gdzie to się mieści?
Włosom swym również nierzadko dogadza
i do fryzjera-stylisty chadza.
A jeśli chodzi o włoskie żarcie
Wojtek jest mistrzem – przyznam otwarcie.
Gotuje lepiej od Kurta Schellera,
zawsze najlepsze wino wybiera –
gentelmen przecież nie chodzi na skróty
(zwłaszcza gdy nosi najlepsze buty!).

Dziś Wojtek wkracza w wiek już dojrzały,
myśli co lata przeżyte mu dały:
- Piękne, okrągłe czterdzieści lat
to jednak czasu dość spory szmat,
lecz cóż osiągnąłem
pracując z mozołem?
Nie jest tak źle, drogi Wojciechu,
nie możesz mówić o wielkim pechu.
Choć, prawda, nie zawsze słońce wprost świeci,
to jednak masz piękne i mądre dzieci.
Poza tym wszystko jeszcze przed tobą –
różne się rzeczy wydarzyć mogą.
Fakty są jasne, wyliczyć można,
rzecz to nie trudna, ani też zdrożna –
bestseller Wojtka wciąż może powstać,
sławnym pisarzem może więc zostać,
może być także znanym aktorem,
lub też genialnym operatorem.
Nie zrobił w Hollywood kariery JESZCZE
lecz sławę światową wkrótce mu wieszczę!
Wojtek osiągnął też bardzo wiele,
bo jest najlepszym nam przyjacielem.
I choć prywatnym jet’em nie lata,
to przecież cudowny jest z niego tata!

Morał z tej bajki wynika taki:
nie ważna sława –
ważne dzieciaki!
...a z tej z kolei nauki
jasno wynika, że również wnuki.
A przecież by kiedyś móc zostać dziadkiem
najpierw być trzeba czterdziestolatkiem!



 * cenzura :) jako że pojawia się tu nazwisko

czwartek, 6 sierpnia 2015

Nuty - zawieszka nad łóżeczko




 Odgrzebałam na starym komputerze zdjęcia nut,
które uszyłam ponad rok temu -
zupełnie już o nich zapomniałam :)
Komplet nut, który może być (ale nie musi :P)
zawieszką nad dziecięce łóżeczko* poleciał, z tego co wiem,
za granicę do małej dziewczynki, która miała szczęście
urodzić się w bardzo muzykalnej rodzinie.


 * taką samą zawieszką jak ta z papugami:





Potem, dosłownie "na kolanie", w przeddzień mojego wyjazdu do rodziny
 powstała jeszcze jedna nutka (szkoda, że nie pomyślałam wcześniej - wtedy bym zdążyła więcej...)-
dla małej Tosi, której tato od lat związany jest z muzyką :)














czwartek, 23 lipca 2015

Kici, kici, czyli notatnik dla rasowej kociary :P



To była szybka piłka - motyw od początku był absolutnie oczywisty,
a tkaninę już jakiś czas temu kupiłam dla siebie -
te energetyczne, radosne sierściuchy po prostu skradły moje serce.
 














Na wklejki wybrałam papier do scrapbookingu w kolorze pomarańczowym
(żeby swoją radosną  mocą :) pasował do kotów)
Wzór też odpowiedni dla sierściuchów -
żeby miały po czym drapać pazurami :)

















Z wyborem koloru nici do zszycia stron też nie było wątpliwości -
turkus to ulubiony kolor przyszłej właścicielki notatnika.











Jako zawieszka przy zakładce posłużył kamień szlachetny
- oczywiście turkus :)









I tak oto powstał notatnik dla prawdziwej kociary :),
który był "dodatkiem" do prezentu na 40. urodziny.




sobota, 23 maja 2015

Prezent dla lekarza kardiologa


 Prośba była taka -
notatnik dla lekarki - kardiologa
ze strzykawką na okładce (i najlepiej by strzykawka była z tasiemek/wstążek).
 W tak zwanym międzyczasie doszła jeszcze prośb
o wkomponowanie gdzieś zapisu ekg.
Trochę się nakombinowałam i napociłam
(wyszywanie zapisu ekg okazało się być o wiele bardziej praco- i czasochłonne,
niż przypuszczałam),
ale dzięki mojej absolutnie nie wrodzonej (!) ;) cierpliwości
a także dzięki bezcennym gadżetom pożyczonym z mężowych skrzynek "muchowych"
(jak np. niewidzialna ;) nitka do przyszycia tasiemek,
czy utwardzalny w świetle uv lakier do zabezpieczenia brzegów tasiemek przed pruciem)
udało mi się coś tam :) zmajstrować.








 Piszę coś i się uśmiecham, ponieważ
nie wszyscy, którym pokazałam okładkę dostrzegli na niej strzykawkę :P


















Wyszyty na lnianej taśmie zapis ekg biegnie dookoła okładki.
























Na wklejkę w środku udało mi się znaleźć papier do scrapbookingu,
który idealnie spasował mi do okładki - 
czerwony w białe serduszka.


















Na zaplecionej w warkocz zakładce zadyndało natomiast
"srebrne" serduszko z wytłoczonym napisem
made with love
i sprowadzany przez mojego męża aż z Nowej Zelandii (cóż, wariaci-pasjonaci tak już czasem mają :)
czerwony wolframowy koralik.




















Notatnik zrobiłam już dawno temu (początek lutego),
ale najpierw czekałam z opublikowaniem, aż dostanie go Jubilatka,
a potem jakoś nie miałam czasu....i tak się przeciągnęło.

Całkiem niedawno natomiast dowiedziałam się,
jaka była reakcja obdarowanej lekarki na prezent:

O, ekg pacjenta z blokiem przedsionkowo-komorowym...
(albo coś takiego - nawet już nie umiem powtórzyć)
:P

A tak się starałam, żeby wszystko było idealne,
że zapomniałam zadbać o zdrowie pacjenta!
 :P










.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Saszetka/etui na telefon



Moja córka w weekendy jeździ z babcią na Uniwersytet Dzieci.
I bardzo się boi, co będzie jeśli babci coś się stanie (zasłabnie, zemdleje).
Stąd wziął się pomysł, by kupić jej starter i uruchomić mój stary telefon
(przynajmniej nie będzie żal jak go zgubi :P).
Żeby jednak zminimalizować prawdopodobieństwo,
że go gdzieś zostawi uszyłam jej saszetkę.







Saszetka jest na tyle duża, że pomieści telefon, legitymację i ewentualnie jakieś drobniaki :)

 





Saszetka jest zapinana na zamek, ma podszewkę w białe kropki i pasek na gumce.
Najdziwniejsze jednak jest w niej to,
że chociaż jest różowa,
to maja córka jej używa! :P



 

poniedziałek, 16 marca 2015

Notatnik podróżnika (listonosza :)






Już jakiś czas temu (ach, ten czas, wciąż mi się wymyka!) powstał
notatnik dla pary zapalonych globtroterów :)

Z uwagi na okładkę w czarno-białe pieczątki pocztowe
mógłby to być równie dobrze notatnik listonosza
(haha, już sobie wyobrażam jak ciekawe historie mógłby w nim opisać!)
 







Wklejki w środku już trochę mniej pocztowe, a zdecydowanie bardziej podróżnicze,
czyli grafika przedstawiająca starą mapę.

 










Tym razem kartki białe...








...szyte czarną nicią.







Mam nadzieję, że w przeciwieństwie do czarno-białej okładki notatnika
wspomnienia w nim zapisane będą super kolorowe! :)




.


sobota, 28 lutego 2015

Pamiętnik w różowe słonie (na szczęście!)




Dla małej dziewczynki - miłośniczki różowego,
która nauczyła się już całkiem dobrze pisać,
a teraz powinna się już tylko w tym pisaniu ćwiczyć :)
powstał pamiętnik w różowe słonie.












Zakładka, to słonik na długim sznureczku-warkoczyku
(upleciony z trzech pojedynczych nitek muliny).
Sznureczek, rzecz jasna, w kolorze różowym. :)










Tym razem z wklejkami miałam małą zagwozdkę.
Jak nic pasowałby tu jakiś słodki różowy wzór,
ale jakoś nie do końca byłam przekonana do takiej absolutnej landrynkowej słodyczy.
Koniec końców wybrałam chmurki i słoneczka,
czyli czasem słońce, czasem deszcz...jak to w życiu :)








Mam nadzieję, że pamiętnik zapełni się przede wszystkim 
słonecznymi wspomnieniami, czego z całą mocą jego właścicielce życzę:)